26 czerwca 2017

Lanckorona

Wyszłam po cichutku i zamknęłam za sobą drzwi. Zostali sami na cały dzień, wzięłam trzy głębokie wdechy, aparat, najpotrzebniejsze rzeczy i kubek z kawą. Zapakowałyśmy się z dziewczynami do samochodu i ruszyłyśmy przed siebie do Lanckorony.
Sielska, spokojna, cicha. Taką jaką lubię, zwyczajna - niezwyczajna, wyjątkowa w swojej prostocie.
I choć jest już bankomat a w Barce można płacić kartą to nadal moja Lanckorona.
Wędrując malutkimi uliczkami dociera do nas obłędny zapach świeżego pieczywa, idziemy do jedynej w miasteczku piekarni, kupujemy chleb, drożdżówki z truskawkami. Jesteśmy zachwycone!
Później kawa, ciasto w przepięknym ogrodzie Arki, rozmowy, zdjęcia i krótki spacer. 
Malutkie domki, uliczki, błękitna brama, dużo zieleni, kwiatów. Moja Lanckorona z której przywożę kolejną piękną ceramikę, tym razem filiżankę i trzy kubeczki. Z każdych moich wyjazdów do tego miasteczka przywożę coś pięknego, by później w domu  móc delektować się miłymi wspomnieniami.
Wracamy do "magicznego ogrodu" by w cieniu drzew zjeść pierogi, schłodzić się przy szklaneczce lemoniady, piwa, wody, jak kto lubi :) 
A kiedy powoli zbliża się ku wieczorowi wracamy szczęśliwe, zmęczone, z dopieszczonym podniebieniem do domu. 
Wracam stęskniona by ucałować, nakarmić, przytulić. Wracam do domu poczytać na dobranoc i przykryć kołderki. A apotem kiedy cisza w domu siadam w fotelu, robię sobie herbatę w nowej filiżance i opowiadam P. jak było. A było wspaniale! 
























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz